
Kominek powstał jakieś pół roku po tym jak zamieszkaliśmy w domu. Jego koncepcja dojrzewała bardzo długo. Na początku była forma mini-malistyczna - na bloczkach betonowych ustawiliśmy żeliwny wkład, bloczki pomalowaliśmy na czerwono, żeby się komponowały z resztą, i żartowaliśmy, że tak już zostanie, taki surowy klimat. Próbując wpaść na pomysł ostatecznego wyglądu kominka, przeglądaliśmy różne projekty. Zdecydowanie bardziej podobały się nam te nowoczesne. Chcieliśmy też, żeby kominek pasował do reszty wnętrza. Pierwsza koncepcja zakładała obudowanie go drewnem, ale skończyło się na stiuku, który zobaczyliśmy u kogoś na ścianie. Nad wielkością kominka zastanawialiśmy się do ostatniej chwili. Stąd pomysł, żeby go zrobić samodzielnie - trudno znaleźć wykonawcę, który się podejmie zrobienia czegoś, co nie jest do końca określone w formie. A przecież nasz kominek tworzył się jeszcze w momencie, kiedy zaczęliśmy stawiać rusztowania.
Nie obyło się też bez drobnych problemów - żonie nie do końca podobała się koncepcja tak wielkiego przytłaczającego słupa.
Do budowy przystąpiliśmy z duszą na ramieniu, ponieważ do końca nie wiedzieliśmy, jaki będzie efekt. Kiedy stanęła podstawa kominka, żona była tak załamana, że chciała to rozbierać i zmniejszać. Wkład jest ustawiony na wymurowanym z betonowych bloczków podeście (pod spodem jest poprowadzony przewód, którym dopływa świeże powietrze z zewnątrz). Położyliśmy go najwyżej, jak można, ponieważ chcieliśmy, żeby ogień było widać zza stołu. Konstrukcja została zrobiona z profili stalowych pod zabudowę z płyt gipsowo-kartonowych (płyta jest ognioodporna), w środku jest położona wełna mineralna z ekranem aluminiowym. Wszystkie spoiny wełny są wewnątrz wyklejone taśmą odporną na wysoką temperaturę. Pod obudową zostały ukryte: przewód spalinowy podłączony do komina i przewody rozprowadzające ciepłe powietrze. Na samej górze znajduje się zaizolowana komora dekompresyjna. Po bokach kominka - z jednej i drugiej strony - są półki na drewno. Po zakończeniu tych prac przystąpiłem do wykańczania frontowej ściany kominka, postępując zgodnie z opisem w instrukcji materiału. Do białej bazy stiuku weneckiego dodałem dużo czarnego barwnika (chcieliśmy, żeby był maksymalnie czarny) i mieszałem aż do uzyskania jednolitej masy. Następnie na płytę przygotowaną gruntem, który odpowiednio długo sechł, nakładałem kolejne warstwy zabarwionej masy. Pierwsze z nich to rzadko rozmieszczone małe placki materiału. Muszą one później schnąć odpowiednio długo (osiem-dziewięć godzin), więc prace rozkładały się na dni (codziennie robiłem jedną warstwę). Ostatecznie położyłem ich około sześciu - początkowo rzadziej, a kolejne były coraz gęstsze, dokładniej pokrywały całą powierzchnię. Ostatnie znów musiały być cieńsze. Warstwy muszą być starannie nakładane, tak by nie zostawiać nadmiaru materiału. Kiedy to wszystko wyschło, po kolejnej dobie, należało wybłyszczać stiuk, czyli bardzo szybko i energicznie przejechać po nim metalową szpachlą od góry do dołu. Dzięki temu wyrównywało się wszystkie nierówności, a w grubszych miejscach pojawiały się nieregularne rysunki. Gładka jak tafla szkła ściana dzięki trójwymiarowemu rysunkowi sprawia wrażenie nierównej.
Ostatnim etapem było nakładanie wosku. Nakłada się go stopniowo, na małej powierzchni, ponieważ musi zostać bardzo szybko wypolerowany. Konieczne jest używanie materiału, który nie pozostawia włosia. Poleruje się energicznie, mocno dociskając. Najwięcej pracy kosztuje wykończenie na rogach, na krawędziach - przy wybłyszczaniu masa kruszy się, powstają ubytki. Trzeba być ostrożnym. Ostatnim zadaniem było wykonanie ramki wokół wkładu. Powstała ona ze szkliwionych ceramicznych dekorów, które kupiliśmy dość dawno w niewiadomym celu. Nie wiedzieliśmy, czy to będzie funkcjonalne, czy nie będzie odpadało. Ale sprawdza się doskonale, a dodatkowo dodaje kominkowi nieco lekkości. Na dole kominka przylepiony jest cokół z gresu, z którego ułożona jest podłoga.
Źródło: Murator